Kulisy Złotej Piłki są zadziwiające: Kane wygrał z Mbappé mniejszą różnicą niż Rodri nad Viniciusem dwa lata temu (wtedy było 41 punktów); Mbappé...

Komentarz

Kulisy Złotej Piłki są zadziwiające: Kane wygrał z Mbappé mniejszą różnicą niż Rodri nad Viniciusem dwa lata temu (wtedy było 41 punktów); Mbappé długo prowadził w czasie niespełna miesięcznego głosowania, dopiero potem dał się wyprzedzić, co wskazuje na to, że zaszkodziła mu zbyt nachalna i wszechobecna kampania; Yamal nie miał w tej rywalizacji szans na zwycięstwo, bo hiszpańskie głosy "rozproszyły się" (czwarty Rodri zabrał ich trochę koledze z kadry); brak jasnej strategii klubu ewidentnie wpłynął na dużo słabszy niż wynikałoby po dobrym sezonie wynik piłkarzy PSG. Jednak przede wszystkim historia zatoczyła koło. 70 lat temu, w pierwszej edycji, Anglik Stanley Matthews zdobył nagrodę bardziej za całokształt, niż za osiągnięcia w tamtym roku. Teraz - po dwóch najważniejszych turniejach sezonu, Lidze Mistrzów i mundialu - nikt by nie powiedział spontaniczne, że faworytem do Złotej Piłki zostanie Harry Kane. A wygrana gracza występującego w Bundeslidze - bez żadnego trofeum poza granicami Niemiec - to już prawdziwy przełom w historii plebiscytu. Ale to też historia o tym, jak po latach porażek można wspiąć się na szczyt w niespodziewanym momencie. I pewnie to jest najbardziej optymistyczne. Tak samo jak historyczny sukces i drugie miejsce Ewy Pajor. Brawo!